poniedziałek, 30 czerwca 2014
niedziela, 29 czerwca 2014
Cykl "Iskierki pamięci" - Ewa Dyk-Majewska
Trzy
kolory
Z
pierwszych lat mieszkania na Zaspie – w tzw. jednostce A -
zapamiętałam trzy kolory: szary, granatowy i czerwony.
Szary
był wszechobecny. Nie zapisało się w mojej pamięci nadzwyczajne
bogactwo odcieni szarości. Kolor bloków zlewał się z kolorem
ziemi. Wszędzie królował piasek upstrzony stertami materiałów
budowlanych. W okolicy dzisiejszego klasztoru leżały stosy
betonowych (szarych) płyt i innych „akcesoriów” budowlanych.
Gdy
była susza, piasek jaśniał, nogi rozjeżdżały się w nim, a
wózek nie dał się pchać, trzeba było go ciągnąć. Gdy wiał
wiatr (a jak wieje wiatr między blokami, odczuwamy to również
dzisiaj; kiedyś wywiał mi kilkumiesięczne dziecko z wózka), szare
drobiny wirowały w powietrzu. Ziemia i powietrze miały kolor
popiołu. Gdy padał deszcz, szarość ciemniała, a wózek po osie
zanurzał się w błocku.
Wszystko
było szare jak ówczesne życie materialne, bo towarzysko było
bardzo kolorowo. Przy naleśnikach, plackach ziemniaczanych albo
zapiekankach bawiliśmy się znakomicie i takie są nasze wspomnienia
– pełne radości, żartów, poważnych i niepoważnych rozmów,
ale bez nudy i rozmówcy w postaci ekranu komputerowego.
Kolor
granatowy i czerwony kojarzy mi się tylko i wyłącznie z
dziecięcymi kurteczkami i kombinezonami, na które patrzyłam z
balkonu. Małe przedszkolne skrzaty dzieliłam na dwie grupy – dwa
kolory. Płci nie dało się odróżnić. Okrycia były jednakowe,
ortalionowe i tylko w jednym odcieniu czerwieni i granatu.
Zanotowałam
jedynie dwa wyjątki. Jeden to czarny kombinezon małej Agnieszki
(nie wiem, skąd zdobyli go jej rodzice), drugi błękitny mojego
syna. Ciągle zaczepiały mnie mamy, znudzone monotonią
kolorystyczną, pytając, gdzie udało mi się to cudo kupić. A ja
cudo uszyłam sama, prując czerwony kombinezon, który przysłała
mi przyjaciółka z Londynu, a z którego syn już wyrósł.
Powiększyłam wykrój i z kupionego w Oliwie przepięknego
kolorystycznie błękitnego ortalionu stworzyłam „arcydzieło”,
nieco krzywo zszyte, czego nikt nie zauważał, bo najważniejszy był
KOLOR!!!!
Dzisiaj
dominującym kolorem na naszym osiedlu jest zieleń, ale jesteśmy z
niej dumni, bo nadmiar zieleni nie jest szkodliwy, a wręcz
przeciwnie – to ozdoba i zdrowie.
Kartki z kalendarza - Hanna Jendrzejewska
Wiosna 1976 roku spełniała
marzenia. Otrzymałam klucze do wyśnionego „M” na Zaspie.
Ptaszki wiły gniazda i ja
też, chociaż ptaszkom było łatwiej. Panowały czasy siermiężnej
komuny – takie właśnie były – siermiężne. Zapisy na
wszystko, kolejki całonocne i kartki, bez których nie można było
kupić nawet podstawowych artykułów.
Natomiast dzieci były
zachwycone księżycowym krajobrazem – górami żółtego piachu,
które skupiały wszystkich z pobliskich bloków. Klepiąc babki z
piasku zawierały przyjaźnie na całe życie. W gorszej sytuacji
byli pracujący rodzice, ponieważ żłobków ani przedszkoli na
Zaspie jeszcze nie było. Woziłam dzieciaki w odległe rejony
Gdańska – na Osiedle Młodych. Młodsze dziecko w wózku,
zapadającym się po ośki w piachu, starsze drepczące obok. Takie
marszruty odbywaliśmy dwa razy dziennie. Także w soboty. Skąd
brałam siły? To chyba młodość!
Na szczęście mieliśmy już
na Zaspie Victusa – najlepiej zaopatrzony sklep na Wybrzeżu. Na
zakupy przyjeżdżano tutaj z całego Trójmiasta. Duża ulga!
Widok za oknami zmieniał się
szybciej niż pory roku. Góry żółtego piachu posiadły tajemną
moc przemieszczania się z miejsca na miejsce. Rosły nowe budynki,
nieśmiało powstawała infrastruktura – nareszcie przedszkole,
druga szkoła, jezdnie i chodniki.
Z mojego balkonu obserwowałam
tajemniczą budowę obiektu, który praktycznie nigdy nie „wylazł”
z ziemi. Stał się niepiękną ruiną, nad którą zlitowała się
Matka Natura, zasłaniając ją dorodnymi brzozami, malowniczym
zielskiem i nawet czereśnie znalazły dla siebie miejsce. Miał to
być ośrodek rekreacji sportowej z pięknym basenem w centrum. Stoi
tam teraz kolejny budynek mieszkalny.
Z kuchennego okna widziałam w
oddali morze. Myślę o tym z sentymentem, bo teraz widzę tylko
stromy, czerwony dach piętrowego budynku, w którym mieści się
prywatne przedszkole, apteka i sklepy.
Zaczynało być pięknie,
chociaż to słowo trochę zaklinało rzeczywistość.
Poza tym, co fizyczne i
namacalne, budowały się również piękne przyjaźnie i silne więzi
z sąsiadami.
Rok 1978 niespodziewanie
zapoczątkował wielkie zmiany dla Polski i dla świata. Polak Karol
Wojtyła został papieżem i jego wymodlone słowa stały się
ciałem. Duch zstąpił na Ziemię, na tę Ziemię.
Później zdarzenia potoczyły
się jak lawina. Rok 1980 – Sierpień, Stocznia Gdańska, strajk
stopniowo ogarniający cały kraj. Zaczęło się u nas w Gdańsku, a
na Zaspie zamieszkał legendarny Lech Wałęsa. Takie sąsiedztwo
musiało mieć swoje konsekwencje.
Po zwycięskich strajkach
przyszło uspokojenie. Zaczęło się mozolne budowanie nowej
rzeczywistości. Nadzieja i entuzjazm! Nadzieja była stanem ducha
tamtych czasów.
Tworzyły się nowe tradycje.
W sylwestrową noc liczni zaspianie gromadzili się przy ulicy
Pilotów 17. W fantastycznej sylwestrowej atmosferze wiła się długa
kolejka radosnych i serdecznych ludzi, którzy przyszli złożyć
życzenia Lechowi Wałęsie i sobie nawzajem.
Kolejne lata były znowu
trudne. Stan wojenny, internowania, aresztowania. Ludzie pozbawieni
pracy, na dodatek z „wilczym biletem”. Na Zaspie mieszkało wtedy
wiele wybitnych osób związanych z telewizją gdańską i Studiem
„Solidarność”.
Polacy są niezwykłym narodem
– trudnym w czasach „lekkich i przyjemnych”, ale niezwykle
skonsolidowanym w obliczu zagrożenia.
Stan wojenny i związane z nim
restrykcje jeszcze mocniej zacieśniły więzi między sąsiadami.
Godzina policyjna sprawiła, że życie towarzyskie zamknęło się w
obrębie bloku lub klatki schodowej. Goście, którzy nie zdążyli
wyjść przed godziną osiemnastą, zostawali do rana.
Nauczono mnie wtedy grać w
brydża, bo czwarty był na wagę złota.
Próbowaliśmy żyć
normalnie. Dzieci chodziły do szkoły, my do pracy.
Życie kulturalne, spotkania z
pisarzami, aktorami odbywały się w kościołach.
W mieszkaniach spotykaliśmy
się z przyjaciółmi. Śpiewaliśmy pieśni Karczmarskiego,
Gintrowskiego, Wysokiego – gitara, świece…
Moja sąsiadka, adeptka teatru
studenckiego, przepięknie mówiła poezje, te patriotyczne
szczególnie. Byliśmy wzruszeni i bardzo sobie bliscy.
Kolejne święta
pierwszomajowe miały na Zaspie szczególną oprawę. Od rana
wszystkie przejścia z tramwaju i kolejki były patrolowane przez
ZOMO. Tylko mieszkańcy mieli prawo „wejścia” na teren osiedla.
W okolicy Pilotów 17 stały uzbrojone, w pełnym rynsztunku oddziały
ZOMO. Jakimś cudem ludzie przedostawali się na Zaspę i w okolicy
domu Wałęsy gromadziły się tłumy. Następował atak ZOMO.
Mieszkańcy okolicznych bloków udzielali schronienia uciekającym. W
odwecie do klatek schodowych wrzucano gaz łzawiący.
Mój najmłodszy syn urodził
się jeszcze w komunie, zupełnie nieświadomy jej ponurego oblicza.
Później, jako nastolatek, słuchał z rozmarzeniem w oczach naszych
opowieści, które jawiły mu się niczym przygody Bilbo Bagginsa –
walka z Ciemnymi Mocami. Z zazdrością mówił: „wy to
mieliście fajnie”.
Ciepłym wspomnieniem
obejmujemy przyjazd Jana Pawła II do Gdańska.
Codziennie chodziłam z małym
synkiem i wielkim psem do zaspiańskiego parku i obserwowałam budowę
pięknego ołtarza, przy którym Jan Paweł II celebrował mszę św.
Fragmenty ołtarza znajdują się w kościele Opatrzności Bożej na
Zaspie, stanowiąc jego oryginalny wystrój.
Moje dorosłe już dzieci,
mieszkają w różnych miejscach na ziemi. Mają dzieci i własne
domy, ale z ogromnym sentymentem i tęsknotą wracają na Zaspę do
miejsc dzieciństwa.
Widok z okien SKM - Danuta Kamizelska-Langpap
Wiele
lat temu podjęła pierwszą w swoim życiu pracę. Wiązało się to
z codziennymi dojazdami do Gdyni. Każdego ranka wsiadała do pociągu
i zajmowała jedno z wolnych miejsc przy oknie. Lubiła oglądać, w
czasie jazdy, mijające krajobrazy. Czasem, gdy pociąg zbliżał się
do przystanku Gdańsk Lotnisko i zatrzymywał się, udało się
zaobserwować startujący samolot.
Maszyna
wznosiła się nad płaszczyzną pasa startowego, a kolejka ruszała
dalej, w kierunku Gdyni.
Mijały
miesiące i lata, a nazwę przystanku zmieniono na Gdańsk Zaspa.
Odtąd codziennie obserwowała, jak na miejscu dawnego lotniska
powstawały kolejne budynki mieszkalne. Z czasem przybywało ich
coraz więcej. Na pierwszym planie stał długi, kilkupiętrowy blok,
ustawiony równolegle do linii kolejowej. Nieco dalej poruszały się
wysokie dźwigi, przy pomocy których wznoszono gotowe elementy do
montażu następnych domów.
Upływał
czas, a nowe domy wyrastały jak przysłowiowe grzyby po deszczu.
Za
oknami miejskiej kolejki zmieniał się krajobraz Zaspy. Nie myślała
wtedy, że po latach zamieszka w tej dzielnicy.
Odkopane z Zaspy - Ewa Zofia Milewska
Obrazek
zatrzymany w pamięci
Kiedy
w 1999 roku, we wrześniu, późnym wieczorem wysiadłam z pociągu
na stacji Zaspa, ogarnęły mnie wątpliwości, czy jestem na pewno
na największym w Polsce osiedlu mieszkaniowym. Znalazłam się sama
na pustym, słabo oświetlonym peronie. Szybko weszłam na wiadukt i
intuicyjnie skierowałam się na prawo, na ulicę Hynka. Droga
sprawiała wrażenie niebezpiecznej, zwłaszcza że po jednej stronie
ciągnęły się ogródki działkowe, a po drugiej bliżej
nieokreślone zarośla. Poczułam przerażenie. Znalazłam się na
zupełnym pustkowiu, w nieznanym miejscu obcego miasta.
Zdesperowana,
zdecydowałam się na pokonanie wertepów i chaszczów, i dotarcie do
migających w oddali tysięcy światełek w oknach blokowiska. Ale
jeszcze nie wiedziałam, że Zaspa zajmuje ogromny teren podzielony
pasami lotniczymi dawnego lotniska i dużymi, niezabudowanymi
przestrzeniami. I że musiałabym mieć wyjątkowe szczęście
trafienia na kogoś, kto orientowałby się w labiryncie ulic i
bloków tak podobnych do siebie. I że na Zaspę składają się dwie
odrębne dzielnice - a moim celem były Rozstaje, nie zaś Młyniec,
którego mieszkańcy żyją wśród swoich, tylko sobie znanych ulic
i punktów odniesienia, niekoniecznie orientując się w topografii
sąsiedniego osiedla.
Idąc
na wyczucie - azymutem były moja intuicja i determinacja - dotarłam
do szerokiej Alei Rzeczypospolitej, pokonałam ją, desperacko
przebiegając przez tory tramwajowe, i kiedy zobaczyłam nietypowy
budynek po byłym hangarze lotniczym z napisem ETC, poczułam ulgę.
Jestem w domu!
„Oswajanie”
Zaspy
Następne
dni to oswajanie się z przytłaczającymi swoją szarością i
podobieństwem blokami, których jedynym wyróżnikiem była liczba
kondygnacji w poszczególnych budynkach. Jednakowo zdewastowane drzwi
wejściowe bez jakichkolwiek zabezpieczeń przed nieproszonymi
gośćmi, podobne klatki schodowe z niewybrednymi napisami,
wyszczerbione schody z lastryka.
Powodem
do zadowolenia była na Zaspie duża liczba sklepów, najrozmaitszych
punktów usługowych, aptek, gabinetów lekarskich no i obecność
wielkiego szpitala w niedalekiej odległości od mojego miejsca
zamieszkania. Po kilku dniach odkryłam też inną zaletę bycia
mieszkanką Rozstajów - możliwość poruszania się wszelkimi
środkami komunikacji miejskiej do niemal wszystkich zakątków
Trójmiasta.
Było
to dla mnie bardzo ważne odkrycie, ponieważ mimo wszystkich
udogodnień w codziennym życiu, nie znalazłam na Zaspie niczego, co
by mnie zainteresowało na tyle, by wtopić się w otaczającą
społeczność i jej problemy.
Interesowały
mnie inne dzielnice, zabytki, architektura, historyczne miejsca,
wydarzenia kulturalne. Traktowałam moje osiedle jak wygodną
sypialnię i miejsce rekreacji, z racji bliskości morza i zielonych
terenów.
Zauroczenie
Pierwsze,
niemiłe wrażenie ze spotkania z Zaspą wynagrodziła mi
wszechobecna zieleń na wewnętrznych placach z pagórkami, które
powstały dzięki charakterystycznej zabudowie osiedla w kształcie
plastrów miodu. Zachwyciła mnie różnorodność drzew, krzewów,
kwiatów i wzdłuż uliczek osiedlowych, i w ogródkach przy blokach,
i w parku im. Jana Pawła II ze starszą roślinnością, i w nowym,
zwanym „Leszczyńskich”, założonym w końcu lat
dziewięćdziesiątych na terenie ogródków warzywno-kwiatowych.
Stał się on nie tylko miejscem rekreacji dla mieszkańców bloków,
ale również pasem ochronnym dla urządzeń uzdatniających wodę.
Budynek
i znajdujące się w nim strategiczne urządzenia z pompami i
filtrami, pozostały niezniszczone, mimo działań wojennych, i
pełnią do dzisiaj swoją funkcję. Szkoda tylko, że budowla,
pierwotnie z murem pruskim, straciła swój oryginalny wygląd przez
zakrycie ścian warstwą ocieplającą.
Punkt
odniesienia
Alejki
parkowe, ustronne, pełne uroku ścieżki, były dla mnie nie tylko
schronieniem przed hałaśliwym rytmem miasta, ale i miejscem, w
którym mogłam się wyciszyć, zdystansować od problemów,
zapomnieć o zmartwieniach. I kiedy podczas wędrówek traciłam
orientację w terenie, szukałam punktu odniesienia - strzelistego
dachu kościoła Opatrzności Bożej, widocznego niemal z każdego
miejsca na Zaspie.
Ta
świątynia ma dla mnie szczególne znaczenie poprzez związek z
wybitnym Polakiem, kanonizowanym niedawno papieżem Janem Pawłem II.
To w kaplicy Jego imienia, z Jego relikwiami i kamieniem z Groty
Watykańskiej oddaję się rozmyślaniom. I też, mijając kościół,
zatrzymuję się w zadumie przy monumentalnym, granitowym pomniku
świętego. A w pobliskim parku, przy Zielonym Pomniku, wracam
myślami do mszy celebrowanej przez papieża w czerwcu 1987 roku dla
setek tysięcy ludzi pracy. Kiedy się pogubię, nie tylko w
dosłownym sensie, moje kroki zmierzają do miejsc związanych z
Janem Pawłem II.
Dom
na Rozstajach
Na
rogu ulic Powstańców Wielkopolskich i Chrobrego znajduje się
murowany, duży dom, otoczony starym murem, a od frontu żeliwnym,
nadszarpniętym zębem czasu, misternie wykonanym parkanem.
Architektura
budynku przypomina stylem dwory polskie, tylko zamiast ganku z
kolumnami tu jest przedproże, nawiązujące do kamienic bogatych
gdańszczan. Określenie położenia tego budynku „na rozstajach
dróg” nie byłoby na pewno nadużyciem.
Zaintrygowana
tym tak różniącym się od budownictwa zaspiańskiego budynkiem,
zainteresowałam się nim, zwłaszcza że urodziłam się i
wychowałam w bardzo podobnym domu w centralnej Polsce, niedaleko
Warszawy.
Okazało
się, że dom na gdańskiej Zaspie to dwór z przełomu XIX i XX
wieku - jedyny, który przetrwał zawieruchę wojenną. Z racji
położenia nosił nazwę „Eckhof”. W wolnym tłumaczeniu z
niemieckiego - „Dwór na Rozstajach”.
Stąd
nazwa spółdzielni mieszkaniowej - Rozstaje.
Moja
Zaspa
Plany
budowniczych Zaspy w latach siedemdziesiątych XX wieku zbudowania
wzorcowego osiedla z pełną infrastrukturą kontynuowane są teraz z
dużym rozmachem. Powstają nowoczesne bloki mieszkalne, duże,
wygodne centra handlowe z podjazdami dla niepełnosprawnych, z
parkingami.
Chodniki
i parkingi osiedlowe pokryte są kostką brukową. W trakcie
odnawiania jezdni nie zapomina się o studzienkach kanalizacyjnych.
Polepszył się komfort życia: ocieplono budynki, a ich elewacje są
kolorowe, pokryte malowidłami, nadającymi specyficzny charakter
każdemu zakątkowi osiedla. Klatki schodowe zabezpieczone są
domofonami i zamkniętymi wiatrołapami. Schody, wyłożone terakotą,
przydają klatce schodowej przytulności. Na balkonach zainstalowane
zostały płyty osłonowe z materiałów ekologicznych, zamiast
azbestowo-cementowych.
Rezultatem
przekształceń własnościowych mieszkań jest większa dbałość
mieszkańców o otoczenie. Jest czyściej na ulicach i w parkach.
Ludzie są w stosunku do siebie życzliwsi.
Kiedy
przed paru laty powstało osiedlowe boisko sportowe (między innymi
dzięki dotacji Ministerstwa Sportu i Rekreacji) - był to ewenement
na skalę krajową. Powstały kilometry ścieżek rowerowych.
Imponująco wyglądają nowoczesne rozwiązania komunikacyjne.
Nie
ma jednak dalej na Rozstajach Biblioteki Miejskiej, Domu Kultury,
basenu dla mieszkańców. Działają co prawda dość prężnie dwa
niewielkie kluby osiedlowe - Szafir i Rozstaje, ale nie mają
wystarczająco dużego zaplecza lokalowego i funduszy.
Mam
wrażenie, że spółdzielnie Rozstaje i Młyniec podzieliły się
między sobą obszarami zaspokojenia potrzeb mieszkańców Zaspy;
Rozstaje pełnią głównie funkcję handlowo-usługową, a Młyniec
kulturalno-oświatową. Musiałabym się długo zastanawiać, żeby
wymienić brakujące usługi czy sklepy w mojej okolicy.
Na
Młyńcu natomiast działają Dom Kultury, Miejska Biblioteka, kluby.
Podejmowane są nowatorskie przedsięwzięcia przy zgodzie i pomocy
zarówno władz spółdzielni, jak i mieszkańców. Kolekcja
czterdziestu pięciu wielkoformatowych malowideł ściennych, zwanych
muralami, na szczytowych ścianach bloków rozsławiła Zaspę nie
tylko w Polsce. Spotkania twórców i pasjonatów tego gatunku sztuki
wpisały się na stałe w pejzaż Młyńca. I to właśnie ta
dzielnica podjęła się zorganizowania w 2014 roku imprez z okazji
czterdziestolecia istnienia Zaspy - mojej Zaspy.
Czerwiec
2014
Cykl "Iskierki pamięci" - Ewa Dyk-Majewska
Górka
Za
plecami, czyli od strony gdańskiego Przymorza, stały bloki. Przede
mną była łąka, a tuż pod oknami górka. Porastały ją wybujałe
chaszcze. Były wysokie, splątane, byle jakie. Nikt się tą dżunglą
nie interesował, bo przebić się przez nią było trudno. Jesienią
straszyły pozbawione liści kikuty, targane wiatrami. Widok był
przygnębiający. Pichcąc potrawy dla męża, odruchowo zerkałam
przez okno i wzdychałam do czegoś sympatyczniejszego,
radośniejszego.
Natomiast
zimą widok był przecudny. Pod śniegiem znikały szaro-bure badyle,
a puchowa pierzynka nadawała górce lekkości. Iskrząca biel aż
kłuła w oczy. Na dziewiczej powierzchni ptaki wydreptywały swoje
szlaki – zachwycające esy-floresy.
Górka
nie była już niedostępnym, nieprzyjaznym, milczącym odludziem.
Zamiast złowrogo szeleszczących zeschłych zielsk słychać było
śmiech i piski zjeżdżających na sankach dzieci, turlających się
z radością w śniegu, obrzucających śnieżkami. Mamusie i
tatusiowie – jeszcze nie tacy starzy – uczestniczyli w zimowych
igraszkach swoich pociech. Była to eksplozja radości, której
brakowało przez pozostałe trzy pory roku. Przez dziewięć miesięcy
czekałam na ten zimowy karnawał.
Dzisiaj
w tym miejscu jest kościół.















.png)